niedziela, 4 grudnia 2011

4.

Niedziela. Nie jest źle. Na szczęście już jestem po kościele i znalazłam wolną chwilkę, żeby posiedzieć sobie przed kompem. W sumie, to powinnam teraz kuć do sprawdzianów z fizyki, wosu, geografii, historii i kartkówki z niemca, ale bardziej rajcuje mnie oferta spędzenia dwóch godzin przed komputerkiem, niż przed stertą książek i zeszytów. Większość z tych sprawdzianów zaliczyłabym w tamtym tygodniu, ale tak się składa, że od wtorku siedzę w domu z powodu choroby. Przez ten czas mogłam się tego wszystkiego nauczyć, ale miałam ciekawsze rzeczy do roboty. Co robiłam? Spałam, czytałam, spałam, czytałam, spałam, czytałam, czytałam, czytałam, spałam... A tak na serio, to pomiędzy tymi czynnościami były jeszcze inne, np. granie na gitarze, oglądanie i przepisywanie lekcji. Tego ostatniego było całkiem sporo i jest to jeden z minusów siedzenia w domu. Drugim minusem jest to, że traci się lekcje i potem nic się nie rozumie. U mnie trafiło na matmę. Nowy temat, z którego nic nie rozumiem. Ale są też plusy :) Na przykład wyspanie się i przeczytanie stosu książek, który czekał na ciebie od wakacji. Mi się to na szczęście udało :P
  Poza tym, to jeszcze bolą mnie plecy. Dlaczego? Otóż jutro miną 2 tygodnie, jak mój "ulubiony" ks.L. przywalił mi drzwiami od pokoju nauczycielskiego prosto w plecki. Tyle siły w to wpakował, że aż mi łzy poleciały. A ten ŁACH nawet nie przeprosił, tylko jak gdyby nigdy nic zszedł na dół. Nigdy nie przepadałam za tym księdzem, głównym tego powodem było jego zachowanie, ale ostatnio postanowiłam dać mu szansę. Zaczęłam go nawet trochę lubić, lecz w chwili, gdy jego czcigodne ręce z impetem otworzyły drzwi, które trafiły w moje plecy, pozbyłam się jakichkolwiek uczuć do niego. No, może z wyjątkiem tego, że znowu go nie cierpię. Chociaż moja siostra uważa, że się w nim zakochałam, co jest kompletnie pozbawione prawdy. Nie mam pojęcia skąd ona wzięła taką niedorzeczną informację. Ale skoro taką wielką frajdę jej sprawia powtarzanie mi na okrągło tej nowiny, to niech sobie mówi.
  Z Ł. już mi przeszło. Doszłam do wniosku, że to nie ma sensu. No, bo ja go w sumie w ogóle nie znam. Owszem, od czasu do czasu się przywita i na tym koniec. Nawet ze sobą nie rozmawiamy. To tak, jakby lizać lizaka przez szybę.
  Marzy mi się, żeby jutro nie pójść do szkoły. Mimo, że mam jutro na 9.35 i tylko 5 lekcji, to jednak wolałabym zostać w domu i pójść dopiero we wtorek, a wtedy mam na 8.00 i ze szkoły wychodzę dopiero 16.20. Poleniłabym się w łóżku jeszcze jutro. Szkoda tylko, że nie wszystkie marzenia się spełniają...

piątek, 18 listopada 2011

3.

Jest ze mną coraz gorzej. Nie wiem, co mam na myśli, pisząc to. Chyba mój stan psychiczny, jak i fizyczny.
Najpierw fizyczny. Z dnia na dzień jestem coraz bardziej chora. Wczoraj ból głowy po prostu nie dawał mi żyć. Dziś z głową jest lepiej, aczkolwiek gardło zaczyna dawać się we znaki. Zaczynają mnie boleć wszystkie części ciała, co zwiastuje chorobę. Błagam, tylko nie to! Ja nie chcę być chora!
Teraz stan psychiczny. Załamka totalna. Nie wiem, czy to ta pogoda, czy naprawdę jest coś nie tak. L. w ogóle nie zwraca na mnie uwagi, mój pies jest głupi, w szkole idzie mi coraz gorzej, mama mnie nie kocha...
Chociaż nie. Właśnie dzisiaj powiedziałam dziewczynom, że mnie kocha, bo wreszcie kupiła mi rękawiczki i uprała moją ulubioną bluzkę. W dodatku dziś kupiła serniczek.... Ach, serniczek. Jaka ja jestem głodna! Zaraz pójdę coś zjeść. Mam ochotę poczytać Biblię. W sumie to czytam ją już od jakiegoś czasu, ale zawsze jest to takie od niechcenia, a dziś, tak jakoś potrzebuję jej jak nigdy. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Ale pocieszam się tym, że dzisiaj piątek. Kiedy wyszłam ze szkoły, a wyszłam dość wcześnie, bo po 6 lekcjach ( zwolnili nas :D), poczułam ten słodki zapach wolności :) Kocham piątki!!!

piątek, 21 października 2011

2.

Piątek... czy to słowo nie brzmi pięknie? Dla mnie owszem. Jednak nie mogę doczekać się poniedziałku. Każdy, kto by to usłyszał, powiedziałby Wariatka! W normalnych okolicznościach nawet nie dopuściłabym do siebie takiej myśli. Ale te okoliczności nie są normalne. Po pierwsze - w poniedziałek znowu spotkam mojego L.
Po drugie - w poniedziałek będę miała gitarę! Już nie mogę się doczekać!
A tak przy okazji. Dziś widziałam L. Szedł sobie korytarzem roześmiany od ucha do ucha, nawet nie raczył odpowiedzieć mi na przywitanie. Wolał oczywiście podlizać się swojej ukochanej Pani Dyrektor. Ale co ja mogę zrobić? Przecież nie przestanę GO kochać z dnia na dzień. Mam nadzieję, że właśnie w poniedziałek się to zmieni i chociaż chwilę porozmawiamy, chyba że znowu zrobi sobie urlop od szkoły i nie przyjdzie. Właśnie, szkoła. Niemiłe miejsce, zwłaszcza teraz, kiedy mój "ULUBIONY" kolega, Marek postanowił założyć sobie klasową rodzinkę. Moja koleżanka została jego żoną, o czym chyba nikt nie wie, a ja zostałam... psem. Psem o imieniu Azor, o czym wie cała klasa. W dodatku cała męska społeczność mojej klasy mówi do mnie Azor! Przy pierwszej lepszej okazji zabiję tego Marka!

poniedziałek, 17 października 2011

1.

Ach, kiepski dzień. Zresztą jak każdy poniedziałek. Jednak jest taki ktoś, kto potrafi sprawić, że ten okropny dzień, jakim jest pierwszy dzień ciężkiej harówy w szkole, staje się lepszy. Kto? Mój L. To dzięki niemu każdego ranka w poniedziałek wstaję uśmiechnięta i nie mogę doczekać się wyjścia z domu. Niestety dziś GO nie było i to chyba przez to czuję się jakoś dziko. Ale jeszcze tylko 52 min do rozpoczęcia jutrzejszego dnia i może za 8 godz. i 52 min. GO zobaczę. Oby.
Poza tym w sumie nic się nie działo. Nie wiem, dlaczego akurat dziś zaczęłam swoją przygodę z pisaniem tutaj, skoro nie mam nic do napisania. Chyba tylko dlatego, że kiedyś muszę zacząć, a dziś natrafiła się taka okazja.
W ogóle to cud, że zechciało mi się usiąść jeszcze do komputera, po tak ciężkim dniu. Najpierw męczarnia w szkole bez mojego L. Potem pisanie lekcji, a na koniec okropna konturówka z geografii zadana przez "uroczego" pana Sz. W dodatku jest ona na jutro, a ja dopiero godzinę temu skończyłam ją robić. Po prostu mowy nie  ma, żebym jeszcze do tego siadła chociażby na dwie minuty. To papierowe coś ogoliło mnie ze wszystkich sił psychicznych, jakie posiadałam. Zresztą fizycznych też. Naprawdę. Jestem tak padnięta, że nawet nie mam siły, by dokończyć notatkę z biologii, którą mam jutro na pierwszej lekcji. Ale na pocieszenie posłucham sobie mojej ulubionej piosenki.