Niedziela. Nie jest źle. Na szczęście już jestem po kościele i znalazłam wolną chwilkę, żeby posiedzieć sobie przed kompem. W sumie, to powinnam teraz kuć do sprawdzianów z fizyki, wosu, geografii, historii i kartkówki z niemca, ale bardziej rajcuje mnie oferta spędzenia dwóch godzin przed komputerkiem, niż przed stertą książek i zeszytów. Większość z tych sprawdzianów zaliczyłabym w tamtym tygodniu, ale tak się składa, że od wtorku siedzę w domu z powodu choroby. Przez ten czas mogłam się tego wszystkiego nauczyć, ale miałam ciekawsze rzeczy do roboty. Co robiłam? Spałam, czytałam, spałam, czytałam, spałam, czytałam, czytałam, czytałam, spałam... A tak na serio, to pomiędzy tymi czynnościami były jeszcze inne, np. granie na gitarze, oglądanie i przepisywanie lekcji. Tego ostatniego było całkiem sporo i jest to jeden z minusów siedzenia w domu. Drugim minusem jest to, że traci się lekcje i potem nic się nie rozumie. U mnie trafiło na matmę. Nowy temat, z którego nic nie rozumiem. Ale są też plusy :) Na przykład wyspanie się i przeczytanie stosu książek, który czekał na ciebie od wakacji. Mi się to na szczęście udało :P
Poza tym, to jeszcze bolą mnie plecy. Dlaczego? Otóż jutro miną 2 tygodnie, jak mój "ulubiony"
ks.L. przywalił mi drzwiami od pokoju nauczycielskiego prosto w plecki. Tyle siły w to wpakował, że aż mi łzy poleciały. A ten ŁACH nawet nie przeprosił, tylko jak gdyby nigdy nic zszedł na dół. Nigdy nie przepadałam za tym
księdzem, głównym tego powodem było jego zachowanie, ale ostatnio postanowiłam dać mu szansę. Zaczęłam go nawet trochę lubić, lecz w chwili, gdy jego czcigodne ręce z impetem otworzyły drzwi, które trafiły w moje plecy, pozbyłam się jakichkolwiek uczuć do niego. No, może z wyjątkiem tego, że znowu go nie cierpię. Chociaż moja siostra uważa, że się w nim zakochałam, co jest kompletnie pozbawione prawdy. Nie mam pojęcia skąd ona wzięła taką niedorzeczną informację. Ale skoro taką wielką frajdę jej sprawia powtarzanie mi na okrągło tej nowiny, to niech sobie mówi.
Z
Ł. już mi przeszło. Doszłam do wniosku, że to nie ma sensu. No, bo ja go w sumie w ogóle nie znam. Owszem, od czasu do czasu się przywita i na tym koniec. Nawet ze sobą nie rozmawiamy. To tak, jakby lizać lizaka przez szybę.
Marzy mi się, żeby jutro nie pójść do szkoły. Mimo, że mam jutro na 9.35 i tylko 5 lekcji, to jednak wolałabym zostać w domu i pójść dopiero we wtorek, a wtedy mam na 8.00 i ze szkoły wychodzę dopiero 16.20. Poleniłabym się w łóżku jeszcze jutro. Szkoda tylko, że nie wszystkie marzenia się spełniają...