Ach, kiepski dzień. Zresztą jak każdy poniedziałek. Jednak jest taki ktoś, kto potrafi sprawić, że ten okropny dzień, jakim jest pierwszy dzień ciężkiej harówy w szkole, staje się lepszy. Kto? Mój L. To dzięki niemu każdego ranka w poniedziałek wstaję uśmiechnięta i nie mogę doczekać się wyjścia z domu. Niestety dziś GO nie było i to chyba przez to czuję się jakoś dziko. Ale jeszcze tylko 52 min do rozpoczęcia jutrzejszego dnia i może za 8 godz. i 52 min. GO zobaczę. Oby.
Poza tym w sumie nic się nie działo. Nie wiem, dlaczego akurat dziś zaczęłam swoją przygodę z pisaniem tutaj, skoro nie mam nic do napisania. Chyba tylko dlatego, że kiedyś muszę zacząć, a dziś natrafiła się taka okazja.
W ogóle to cud, że zechciało mi się usiąść jeszcze do komputera, po tak ciężkim dniu. Najpierw męczarnia w szkole bez mojego L. Potem pisanie lekcji, a na koniec okropna konturówka z geografii zadana przez "uroczego" pana Sz. W dodatku jest ona na jutro, a ja dopiero godzinę temu skończyłam ją robić. Po prostu mowy nie ma, żebym jeszcze do tego siadła chociażby na dwie minuty. To papierowe coś ogoliło mnie ze wszystkich sił psychicznych, jakie posiadałam. Zresztą fizycznych też. Naprawdę. Jestem tak padnięta, że nawet nie mam siły, by dokończyć notatkę z biologii, którą mam jutro na pierwszej lekcji. Ale na pocieszenie posłucham sobie mojej ulubionej piosenki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz